Muzyka to nie wszystko. Rozmowa z Pierrem Jodlowskim


Myślę, że idea wykonywania muzyki bez oglądania czegokolwiek była popularna w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale dziś istotny jest gest. Potrzebujemy więcej-mówi Pierre Jodlowski, francuski kompozytor muzyki elektronicznej o polskich korzeniach. Nam opowiada o tym, jak tworzy swoje projekty muzyczne i około muzyczne oraz o poszukiwaniu rodziny w Jarosławiu.


Byłam świadkiem, kiedy wykonywał Pan swój utwór „Music, Violence and Others Stories”. Intryguje mnie, jakich instrumentów użył Pan na scenie, bo widziałam chyba rodzaj tabletu, którego dotykał Pan specjalnym długopisem.

To rzeczywiście tablet, a pozostały sprzęt właściwie nie ma nazwy. To zrobione w studiu IRCAM urządzenia, które są zwykle używane przez grafików, kiedy potrzebują nakreślić coś z dużą precyzją. Mają one wysoką rozdzielczość, a długopisem można wydobywać z nich dźwięki. Każdy szczegół niesie ze sobą informację dla urządzenia, wszystko ma znaczenie- położenie w pionie i poziomie, siła nacisku, kąt nachylenia. Z owym długopisem sprzęgnięte jest w jednym momencie pięć szczegółowych parametrów. Manewrowanie na małej przestrzeni daje więc ogromne możliwości. Drugie urządzenie zrobione w IRCAM jest bardzo proste. Opiera się na pięciu czujnikach nacisku o wysokiej rozdzielczości. To ważne, by zachować dokładność. Kiedy kupujesz popularne percussion pads (urządzenia do perkusji elektronicznej) w sklepie muzycznym rozdzielczość jest typowa dla sprzętu wykorzystującego standardowy protokół MIDI obejmujący od 1-27 poziomów od najniższego do najwyższego. Tymczasem w wykorzystywanym przeze mnie urządzeniu każdy z czujników daje ok. 65 tysięcy różnych wartości dźwięku w zależności od stopnia nacisku. To niewspółmiernie więcej. Mam więc do dyspozycji pięć czujników, których mogę używać albo jako perkusji, albo do odtwarzania jednego powtarzającego się dźwięku.

Czy utwór ma precyzyjną partyturę, czy jest częściowo improwizowany?

Ma bardzo precyzyjny zapis, ani śladu improwizacji. Ten projekt jest, powiedziałbym, mało klasyczny, ale pracowałem nad nim tak, jak pracowałbym nad kwartetem smyczkowym. Wszystko kontroluję.

Kompozycja to chyba rodzaj opowieści z konkretną fabułą, dramatycznym napięciem.

To mój sposób komponowania. Może niezupełnie opowiadam historie, ale żywo interesują mnie te rzeczy, które wychodzą poza muzyczną ekspresję. Więc to może być historia, rodzaj filozoficznej refleksji, po prostu czysta koncepcja. Uważam, że muzyka to nie wszystko. Projekt, o którym rozmawiamy zrobiłem trzy lata temu i prawdopodobnie moja podświadomość chciała wyrazić pewne rzeczy. Ale szczególnie interesowało mnie zbadanie kwestii przemocy w filmach, bo nasze społeczeństwo uważam za wyjątkowo agresywne.

Dialogi, jakie włączył Pan w utwór to cytaty z konkretnych filmów, czy sam je Pan wymyślił?

Są mojego pomysłu i nagrałem je wspólnie z włoską aktorką, z którą współpracuję. Idea pisania, a także nagrywania jest częścią projektu. Nie mógłbym sobie wyobrazić, że wziąłbym po prostu fragment filmu. Chciałem stworzyć fikcję na temat fikcji.

Dałabym sobie uciąć rękę, że dialogi zapożyczył Pan z kina Davida Lyncha.

Lubię jego filmy i mają pewnie duży wpływ na to, co robię, ale w kontekście tego dialogu z utworu „Music, Violence and Other Stories” chciałbym wspomnieć inny film, czyli „Paryż, Teksas” Wima Wendersa. To historia o tym, jak relacja między dwojgiem ludzie została najpierw przerwana, ale ostatecznie obydwoje odnajdują się w przepięknej scenie. U mnie wszystko jest odrobinę bardziej mroczne, pojawia się zresztą szalony facet. Z kolei w pierwszej odsłonie utworu mamy dwóch facetów spacerujących na łonie natury, którzy nagle znajdują ciało.

Trochę jak w „Blue Velvet”…Lyncha.

Dokładnie tak. W tym przypadku naprawdę inspirowałem się właśnie tym filmem.

Wygląda Pan na scenie jak didżej. To Pana styl, czy celowa stylizacja?

To po prostu typowo sportowy wygląd charakterystyczny dla ludzi z branży. Nie lubię wielu didżejów albo muzyków laptopowych, którzy otwierają komputer, wciskają guzik i od razu potrząsają głowami w rytm. Są mili, ale to wszystko. Nie są muzykami, a proszę mi wierzyć jest różnica pomiędzy  muzycznym wykształceniem i treningiem, wystudiowanymi gestami. Gdyby Pani podeszła do stołu mikserskiego nie byłaby Pani w stanie niczego zagrać, potrzeba wiedzy, jak tworzyć dźwięk. Didżej włączy sprzęt i wszystko działa.

Wykonuje Pan swoje utwory na żywo, nie puszcza Pan ich z konsoli. W dzisiejszych czasach wyjątkowo chyba tęsknimy nie za elektroniką jako abstraktem, ale za elektroniką w służbie jednostki.

Myślę, że idea wykonywania muzyki bez oglądania czegokolwiek była popularna w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale dziś istotny jest gest.
Potrzebujemy więcej. W awangardowym teatrze czasem trudno ocenić, czy to wyłącznie spektakl, performance, czy może koncert. Ja muszę być na scenie i działać jak muzyk. Choć nie występuję w tym charakterze, gram na fortepianie, gitarze basowej, saksofonie i chciałem znów odnaleźć to szczególne uczucie, jakie masz w przypadku kontaktu z instrumentem, co nie jest proste w odniesieniu do urządzeń elektronicznych.

Pokazywany w Muzeum Pana Tadeusza Pana projekt „Passages” to coś więcej niż wyłącznie realizacja stworzona z myślą o firmie Siemens.

Zgadza się, zresztą od początku negocjacji z nimi zastrzegłem sobie, że będę chciał zatrzymać ten materiał. Zaakceptowali to całkowicie i potwierdzili, że najpierw zrobię pierwszą instalację w Siemensie, a potem materiał będzie już mój.

Skąd wziął się pomysł na projekt ludzkich wspomnień o dźwiękach?

Muzyka to dla mnie język komunikowania się z bardzo szczególnym słowami. Pojedyncza nuta jest bez znaczenia, ale kiedy zapyta się ludzi, by posłuchali, jak brzmi świat przekonamy się, ile z jego dźwięków jest dla nich istotnych. Teraz siedzę tutaj i słyszę tramwaj, ptaki, rozmowy. W naszej pamięci czasami pamiętamy szczególne dźwięki i Siemensa zainteresowało takie podejście. Praca nie należała do najłatwiejszych, bo musiałem prowadzić projekt w samej fabryce, z ludźmi, a nie w studiu, by potem oddać gotowy materiał. Najpierw poszedłem do zakładu na spotkanie z pracownikami i wyjaśniłem, na czym polega mój pomysł. W Siemensie pracuje około 2500 różnych ludzi. Kiedy wchodzą do fabryki zakładają specjalne plakietki i zostają zuniformizowani, ale gdybym mógł usłyszeć, co każdy z nich myśli, byłbym zaskoczony. Więc poprosiłem, by opowiedzieli mi o swoim wspomnieniu związanym z dźwiękiem. Jedna z kobiet napisała mi francuskie słowo „bariolé”, co oznacza  wielokolorowy, pełny barw. Byłem zaskoczony jej odpowiedzią i zapytałem, czy to słowo naprawdę jest dla Pani dźwiękiem? A ona wyjaśniła mi, że jest Niemką i czytając kiedyś książkę Prousta natknęła się na określenie „bariolé”, którego nie znała. Jedynie wymawiając to słowo odkryła jego sens. Potem zajrzała do słownika i okazało się, że miała rację. Dźwięk słowa był w stanie przywołać jego sens. To fantastyczne! Tylko jedno z zebranych przez mnie wspomnień było mroczne. To o krzyku. Ciotka mojej rozmówczyni krzyczała w domu kiedy dowiedziała się o śmierci swojego syna. Cały projekt „Passage” był dla mnie interesujący także z pozycji kompozytora, bo tu nie tworzyłem dźwięku. On przyszedł od ludzi, dałem możliwość upublicznienia pewnej intymności.

Był Pan posłańcem?

Zgadza się.

Interesują mnie jeszcze Pana korzenie, zwłaszcza polskie nazwisko. Czy Pana rodzina pochodzi z naszego kraju?

Pod koniec XIX wieku moi pradziadkowie wyjechali z Jarosławia. Babcia przybyła do Francji jako czternastoletnia dziewczynka, potem jej rodzice mieli jeszcze jedno dziecko. Kiedy we Francji zaczęły się problemy z imigrantami rodzina wróciła do Polski. Potem, nie wiem dlaczego, pradziadkowie ponownie przyjechali do Francji i już tam osiedli. W ubiegły weekend miałem trochę czasu i mogłem wynająć samochód, pojechać do Jarosławia, znaleźć grób, ludzi, którzy ich znali. To był bardzo poruszający moment mojej wizyty w Polsce. Także w Jarosławiu po raz pierwszy w swoim życiu zobaczyłem tak silną religijność. Niedzielnego poranka poszedłem raz jeszcze do miasta przed odjazdem. Zobaczyłem kościół wypełniony ludźmi, z których wielu stało na zewnątrz. Zachwyciła mnie cisza przerywana jedynie kazaniem księdza, głosami natury, zobaczyłem, jak ważna jest religia. Kiedyś w Indiach widziałem podobne przywiązanie, jakie całkowicie utraciliśmy we Francji. Ten moment, relacja z dźwiękiem, była po prostu piękna i pozostanie mi w pamięci.

rozmawiała Magdalena Talik

Wywiad pochodzi z serwisu: www.kreatywnywroclaw.pl

Pozostałe aktualności:

Poszukujemy osoby do pracy w Dziale Sponsoringu i Pozyskiwania Środków
WROCŁAW – EUROPEJSKĄ STOLICĄ KULTURY 2016!!!
Podsumowanie festiwalu Musica Electronica Nova w Radiowej Dwójce
Serwisy internetowe podsumowują festiwal MEN 2011
Współczesne smaki
Electronica w synagodze
Nie zakładam pożyczonych ubrań – rozmowa z Eivindem Aarsetem
Opera nova. Po premierze „Ogrodu Marty” Cezarego Duchnowskiego
Serwisy internetowe o Festiwalu Musica Electronica Nova
Pochwała interpretacji!
Zapraszamy na otwarcie interaktywnej instalacji IterEter
Rozsmakowałem się w operze. Rozmowa z kompozytorem Cezarym Duchnowskim
Gry z operą
„Tworzę, by pokazać marzenia” – rozmowa z Pierrem Jodlowskim
Klawesyn wszystko może. Rozmowa z Elżbietą Chojnacką, gwiazdą festiwalu Musica Electronica Nova
Saksofon totalny
Żadna ze mnie klawesynistka – rozmowa z Elżbietą Chojnacką
Odgłosy natury na inaugurację
Elektroniczne dźwięki w ogrodzie
Najnowsze publikacje na temat festiwalu MEN 2011
men@nfm.wroclaw.pl      +48 71 343 85 28
Sponsor strategiczny: 
Główny mecenas: 
Organizator: 
Współorganizator:               

Sponsor Zloty:         
Sponsor Brązowy:                                           
Tłumaczenia:                
Klub festiwalowy: 
Patronat honorowy:   
Partner medialny:   
Partnerzy: